Kiedy ją poznałem
nigdy nie sądziłem i nie przypuszczałem tego, jak bardzo zmieni to
moją rzeczywistość.
Moje dotychczasowe
życie wydawało się być w pewnym stopniu uporządkowane. Zamykało
się w formacie dom, praca, rodzina. Dom, chociaż tak naprawdę nie
mój. Nie mieszkam u siebie, co wielokrotnie członkowie mojej
rodziny mi wypominają. Rodzina wskutek pewnych okoliczności –
wtrącaniu się osób trzecich – jest również jakby nie moja.
Żona zależna od kogoś innego, nie bardzo interesująca się swoim
ślubnym wybrankiem. Będąca zawieszona między tym co czuje a tym
co musi. Zabawne, lecz w tym wszystkim nie było za wiele miejsca na
nas, nie było i nie ma miejsca na mnie. Doprowadziło to do tego, że
w domu mijam się z osobą, bez której kiedyś świata sobie nie
wyobrażałem. Jej kontakty z osobami, które nie są mi przychylne
doprowadziły do tego, że przestała całkowicie mnie zauważać.
Przestała reagować na prośby i skomlania o kontakt z mojej strony.
Przestała mnie zauważać jako faceta, a widziała jako wroga.
Początkowo wroga swoich przyjaciół – doradzaczy od siedmiu
boleści, aż po wroga jej i moich dzieci. Wszystko to przyczyniło
się do oddalenia nas. Z dnia na dzień mur, którym się ode mnie
oddalała słuchając rad innych, przyrastał na wysokości i
szerokości. Rzeczony mur z dnia na dzień otoczyła fosa. Nie sposób
było przeskoczyć nawet jeśli bym skakał o tyczce jak Armand
Duplantis.Ten rekordzista świata w skoku o tyczce skacząc
finezyjnie bez problemu pokonywał duże wysokości pokazując przy
tym kocie ruchy. Ja niestety nigdy nie byłem mistrzem
finezji czy koordynacji. Jako biegacza tanich lotów cechuje mnie
upartość w dążeniu do celu, ale też pełne oddanie sprawie –
co przystało na maratończyka. Jednak każdy z nas jest tylko
człowiekiem i nawet najlepsi maratończycy mają zasoby energii,
cierpliwości oraz pokłady siły, które kiedyś się skończą.
Zazwyczaj w najmniej spodziewanym momencie. U wspomnianych
maratończyków często się mówi o tzw. ścianie maratońskiej.
Moment, w który następuje tenże spadek sił i motywacji w biegu.
Wiele osób wspomina taki fragment miedzy 30 a 36 kilometrem. Nie
trwa on niekiedy zbyt długo, wszystko zależy od głowy. Jednak co
począć, gdy gorsza chwila w danej sytuacji trwa kilka lat, a druga
strona przez ten czas jest jakby niezauważalna? Jest traktowana jak
"Invisible Kid", którego ruchy i poczynania druga strona
widzi tylko wtedy, gdy trzeba skrytykować? Co wówczas ten
"Niewidzialny Dzieciak" może począć? Dróg rozwiazania
sytuacji może być kilka.
Przede wszystkim mozna trwać i starać
sie brać winę na siebie. Rozwiązanie może i dobre, ale ile można
sie obarczać i niemalże prosić o atencje drugiej strony. Niekiedy
do skutku, ale często bezskutecznie. Można również starać się
robić na złość, co zwiększy tylko konflikt pomiędzy
zainteresowanymi stronami, a całość może przyczynić się do
pogorszenia sytuacji, nie polecam. Innym rozwiązaniem jest niestety
uległość i branie winy na siebie. Wówczas można nawet się
starać, ale czy uległość pozwoli cokolwiek zbudować? Jestem
przekonany, że nie. Sam próbowałem wszystkiego. Próbowałem
pokazać, że mam uczucia. Wtedy druga strona mojego zwiazku
próbowała mi wmówić złe intencje a nawet chorobę psychiczną.
Niestety przerabiałem tą drogę, co doprowadziło tego, ze wmawiano
mi chorobliwą zazdrość, a nawet złe intencje. Ale czy złymi
intencjami może być troska o najbliższą rodzinę i usilna walka o
to, że rodzina to mąż, żona i dzieci, bez ingerencji osób
trzecich? Moim skromnym zdaniem – nie. Tak się złożyło, że
moja wybranka życia, osoba, która powinna być mi najbliższa, taka
była tylko na papierze w urzędzie stanu cywilnego. Jak z biegiem
lat się okazało, było to moją fantazją, która nie
została odzwierciedlona w rzeczywistości. Przeryczałem przez to nie
jeden raz w nocy i w dzień. Wiele walk przegrywałem z niechęcią
drugiej strony. Aż przyszedł trudny okres dla ludzkości – lata
pandemiczne. Wówczas zostało mi przedstawione co tak naprawdę
znaczę we własnym domu. Także na kim i z jakim skutkiem mogę
polegać. Dzieci pomimo wszelkich starań są jakby nie moje. Mam
wrażenie, że w moim związku jestem jedynie dawcą spermy, by moja
żona bardzo chciała mieć dzieci. Dla niej, a dla swojej matki wnuki.
Natomiast to co ja czuję – jest i było nieistotne w gruncie
rzeczy. Smutne to wszystko lecz taki jest mój odbiór całęj
sytuacji. Bo jak można zrozumieć fakt, że we własnym domu
rozmawia się ze mną jedynie o opłatach czy też o tym, jak muszę spełnić
jakąś powinność względem kogoś ważnego. W pewnym momencie
więzi upadły. Zostały rozpierdolone w proch i pył. Czułem
wówczas strach przed tym co będzie, niemoc w działaniu. Lęk przed
totalnym zepsuciem. Pustke, bo mimo, że w zwiazku zostałem sam.
Moje usilne próby naprawienia nic nie dały. Nawet byliśmy zapisani
na terapie małżeństw, ale jak się okazało, że praca jest
ważniejsza od tego co jest między nami – straciłem nadzieję i
nie mając siły – przestałem proponować tego typu rozwiazania.
Przez długi okres żyłem
w pustce. Tylko się przyglądałem jak się wszystko rozpierdala i
samo unicestwia. Przez wiele miesięcy płakałem myśląc o tym. W
pewnym momencie nawet przestałem się starać. Zabawne, lecz wiele
razy zapytałem moją wybrankę – czy naprawdę chce by to sie
zakończyło, czy naprawdę chce by to wszystko samo się
przekreśliło? Niestety zamiast odpowiedzi otrzymywałem ciętą
ripostę, która wiele razy zrównała mnie z ziemią. Pamiętam
kilka takich momentów, gdzie argumentem było: "wyprowadź się,
znajdź sobie kogoś, zresztą kto by cię chciał, ciebie i tego
twojego pieprzenia...". Tak to już jest gdy wchodzą emocje,
człowiek plecie trzy po trzy.
Był przełom roku, zająłem
się treningiem kilku osób w sposób bardziej zaawansowany niż
dotychczas. Postanowiłem zainwestować w moją strone internetową.
Jednym słowem po depresyjnym roku, postanowiłem wyjść do ludzi.
Wówcza napisała do mnie pewna niepozorna osoba, o której jest ten
mały rozdział.
Podobnie jak cała masa
osób chciała podjąć u mnie treningi. Fascynacja bieganiem
doprowadziła ją do mnie, chociaż jej znajomi nie mieli o mnie
najlepszego zdania. Wielokrotnie nasłuchała się, że "On cię
zajedzie...", "uważaj bo to satanista...". Cóż z
końmi walczyć się nie da, bo nas pokopią. Mieszanie wiary w coś
tam ze sztuką, z muzyką, którą ktoś słucha – nigdy mnie
bardziej nikt nie rozśmieszył. A co do zajechania.... ciekawi mnie
co grupa oponentów by powiedziała, gdyby wiedziała jak bardzo
sprawdzam aspekty zdrowia w kontekście fizjologii wysiłku fizycznego w aspekcie
adaptacji treningowej. Tak wiem, dla wspomnianego grona – terminy,
które tutaj wymieniłem, mogą być zawiłe i nie do rozszyfrowania.
Nigdy nie dbałem o opinie ludzi i osób postronnych, a tym bardziej
jak byli to ignorancji zamknieci na wiedzę wszelaką.
We wspomnianym okresie z
przyjemnością podjąłem współpracę z tą osóbką. Już od
pierwszego maila wydała mi się normalna. Taka po prostu normalna.
Zbyt skromna by pisać o sobie w superlatywach. Zbyt nieśmiała, by pisać o swoich większych, lub mniejszych dokonaniach. Nie będę
ukrywał, że przykuło to moją uwagę. Po kilku mailach, kiedy
wyszedłem z covidu oraz mojej kontuzji, postanowiłem spotkać się
z zainteresowaną moimi usługami, klientką. Nasze pierwsze
spotkanie było u mnie w domu – testowałem i oceniałem jej
zdolności motoryczne, oraz wydolnośc i technikę biegową.
Oceniałem również ją jako osobę. Jest to istotny aspekt w sztuce
trenerskiej, by trenować osobę o cechach charakteru, które nie
stworzą w przyszłości potencjalnego konfliktu.
Z punktu widzenia treningowego, pierwszym czym
mnie zaintrygowała to sposób biegania – taki naturalny ze skipu
C. Przyznałem, że ma ona naturalne predyspozycje biegowe. Inna kwestia jest taka, że łatwiej skorygować błędy techniczne w
danej konkurencji i już można spodziewać się progresu. Jednym
słowem z punktu widzenia trenera – mniej roboty. Jednak co mnie
wówczas jeszcze zaintrygowało. Miałem wrażenie, że rozmawiam sam
ze sobą. Po pierwsze nie nadużywała uśmiechów. Co bardzo sobie
cenie, bo nie prowadzi to do zakłamania rzeczywistości, czego
bradzo nie lubie. Z biegiem czasu zaczęła się odkrywać co umożliwiło mi ujrzeć jej olbrzymie walory kobiece. Początkowo nie
wspominałem o tym, bo etyka pracy trenerskiej mi na to nie
pozwalała.
Z biegiem czasu, gdy
jako trener poznawałem moja zawodniczkę zaobserwowałem to co na
początku. Potwierdziło to moją opinię, że moja biegaczka to
pełnowartościowa kobieta, wspaniała żona, i matka.
Kobieta o nieskazitelnej
urodzie. Dużych i cudownych oczach oraz nosie. Jednym słowem –
urodzie, która zawsze mnie w kobietach pociagała. Urodzie, która nie musi być w żaden sposób udekorowana i wytapetowana by zaintrygowała. Majaca nutkę prawdziwej kobiecości nie pokrytej toną makijażu czy tez pudru. Czegoś czego nigdy nie lubiłem i od czego stroniłem z daleka.
Wspaniała żona, bo
widzę jak podchodzi do swojego małżeństwa. Żona, która stara
się by mąż czuł się częscią rodziny. Żona czekająca z
obiadem. Żona, która nie uznaje ingerencji osób trzecich w
związek. Jakże przeciwieństwo mojej wybranki. Tych cech brakuje mi
najbardziej. Za takimi cechami budującymi normalność po prostu tęsknie jak oszalały.
Matka, która nie
faworyzuje żadnego dziecka, a przy tym ich nie rozpieszcza. Matka nie
polka, która potrafi się przyznać do słabszych chwil w procesie
wychowania dzieci. Osoba potrafiąca przyznać, że jej dzieci nie są idealne jak robi to wiele matek. Nawet jak ich dziecko zbije szybę kamieniem to idą w zaparte i mówią, że ich Jasiu jest niewinny i idealny. Taki rodzaj matek, które nie widzą nic poza swoimi dziećmi, które i tak je kiedyś opuszczą i zostawią. A one ulegną szarości i przejdą w zapomnienie. Moja zawodniczka pod tym kątem była inna, jakże odmienna. Czym momentalnie u mnie zaplusowała. Była taka normalna, a przy tym bardzo kobieca. Normalność – jak dla
mnie najlepsza cecha, którą może określać się człowieka.
Moja podopieczna
podobnie jak ja okazała się być osobą odtraconą w swoim
długoletnim zwiazku. Osoba, której mąż okazał się kawałem
fiuta. Niestety nie jestem w stanie zrozumieć tego, jak można ranić
drugą połówkę, zwłaszcza gdy jest ona tak oddana sprawie.
Zabawne lecz rozmowy na temat życia nas zbliżyły do siebie.
Rozmawialiśmy wówczas o wszystkim i o niczym. O sprawach błahych
jak posiłku na śniadanie, a także o życiu i sprawach poważnych –
o tym jak małżeństwo potrafi się sypać. Mąż okazał się
kutasem, bo niegdyś ją zdradził. Jak dla mnie było to niepojete,
bo jak można to zrobić osobie, która jest/wydaje się być
idealna w kwesti zwiazku i rodziny. Swoją droga sam sobie
przypominam pewną grudniową datę, która poniekąd przyczyniła
się do mojej niepewności w moim małżeństwie. Takie są fakty
niestety, a nawet jeśli mylne, to gdy nie dostaje si ę rzetelnej
odpowiedzi to wówczas te fakty gurują nad wieloma sprawami. Smutne
to wszystko i dobijające. W związku z tym, poniekąd doskonale
rozumiałem moją podopieczną.
Rozmowa zbliża ludzi w
sposób mentalny. Konwersacja przyczynia się do poznania danej osoby.
Jak już wspomniałem rozmawialiśmy do późna w nocy, w każdej możliwej sytuacji. Podczas rozmów w czasie licznych spotkaniach
na treningach zauważyłem kolejną pozytywną cechę tej osóbce.
Cechuje ją niski ton głosu, którego barwę z biegiem czasu
zacząlem uwielbiać.
Pewnego dnia rozmowa nas
tak bardzo pochłonęła, że się zapomnieliśmy. Odpłynęliśmy.
Wówczas po raz pierwszy posmakowałem tych ust, które sporadycznie
się dotychczas uśmiechały. Momentalnie zafascynował mnie ich smak
i zapach. Taki naturalny, bez żadnych domieszek pseudo kobiecych,
których nigdy nie lubiłem. Kiedy po raz pierwszy się pocałowaliśmy
oboje wiedzieliśmy, że w naszych zwiazkach jesteśmy odtrącani, i
chcemy siebie posmakować, spróbować. Już od dłuższego czasu nie
mogłem o niej przestać myśleć. Nie mogłem i nie chciałem
przestać. Pocałunek trwający dobrych parę minut. Nie jestem
ustalić ile trwał, ale piosenka Deep Purple Child In Time do
krótkich nie należy. Ten przeszło 10 minutowy utwór umilał nam
przy tym czas, a nasze ciała drżały. Przyczyniły się do wybuchu
naszych zmysłów, a mowa tylko o pocałunku. Smakując jej ust,
postanowiłem ustami zwiedzić najbliższą okolicę. Cieszyłem się
jak opętany gdy całowałem jej wyraziste kości policzkowe, a kiedy
zdjąłem jej okulary i mogłem całować piekne oczy, chwytając
przy tym dłońmi za potylicę i kark. Na jej utach ukazał się
dyskretny uśmiech i ukazała zęby. Zęby w kompozycji z lekko
rozwartymi ustami, których smak przywołał mi lata studenckie,
wywołały u mnie dodatkowe dreszcze na ciele. Nasze ciała wykazują
się dużą reaktywnością na każdy dotyk, pocałunek, czy
bliskość. Kiedy dotykamy się wzajemnie, czy całujemy – nasze
ciała po prostu płoną, oddechy przyspieszają a tętno wzrasta. I
oboje od pierwszej chwili błagamy rzeczywistość, by ta chwila
trwała wiecznie. Było to pierwsze spotkanie, na którym nastąpił
fizyczny kontakt między nami. Oboje baliśmy się wyrzutów
sumienia. Jednak ciągłe kopy od naszych bliskich przyczyniły się
do tego, że się nie pojawiły.
Fizyczność i wzajemne
pragnienie popchnęły nas dalej. Staliśmy się sobie bliżsi niż
kiedykolwiek dotąd. Jednocześnie wciąż opieraliśmy się na
długich rozmowach. Do teraz czekamy wzejemnie z wytęsknieniem na
chociażby sms. Co skutkuje nerwowym sprawdzaniem smsów w telefonie.
Zabawnym jest fakt, że nasi partnerzy nic nie zauważyli, chociaż
ja sam nawet celowo zostawiłem kiedyś otwartą konwersacją moją i
mojej zawodniczki. Niestety jak wcześniej wspominałem – we
własnym domu jestem niewidzialny. I nic nie ma do tego kwestia
zaufania. Mowa tutaj o obojętności na drugiego człowieka. Smutne
lecz prawdziwe.
Moja zawodniczka to
wspaniała kobieta, która pozwoliła mi się poczuć jak facet,
podniosła z ziemii, wsparła i podniosła na duchy i li tylko. Kiedy
jesteśmy razem sam na sam – jesteśmy beztroscy. Cieszymy się
chwilą. Spacery po mojej Warszawie, podróż pociągiem, bez wstydu
i bez wzgledu na nic. Nie liczą się okoliczności, liczymy się my.
Cudowne, bo naprawdę to jest szczere. Przez ten czas zauważyłem
przemianę u niej. Przede wszystkim tak beztrosko się uśmiecha, tak
bezproblemowo się zbliża do mnie i dowartościowuje. A jest to
osoba skryta, zamknięta w sobie i uciekająca od ludzi. Jest osobą,
która niemalże w sekundę mnie zdobyła. Osoba przy której nie
czuje presji, która pozbawiła mnie pewnych kompleksów, która daje
mi sto procent z siebie na tyle ile może w danej chwili. Dla której
liczy się coś więcej niż czubek własnego nosa. Bo czy ktoś
kiedykolwiek zrobił mi posiłek do pracy? Szczerze nie pamiętam. A
czy ktoś kiedykolwiek powiedział mi, że jestem wspaniałym facetem
nie czekając na komplement z mojej strony? Nie przypominam sobie.
Ogólnie jeszcze przy nikim nie było mi tak cudownie i wspaniale.
Szczerze to przyznam zakochałem sie w tak krótkim czasie. Zabawne
jest to, że oboje tkwimy w parodystycznych zestawieniach tworząc
swoje związki, bedąc defacto "więźniami zobowiazań" dawnych
czasów. Chociaż niekochani w naszych formalnych zestawieniach,
tkwimy w nich bo tak wypada, bo są pewne należności i
zależności. Tak czy owak najpierw się zafascynowałem w mojej
zawodniczce. W szybkim czasie stała się moją muzą, przez co się
zakochałem w niej. Liczne spotkania, rozmowy, bliskość i
obcowanie, doprowadziły do tego, że ją pokochałem i nie chce
przestać. Patowa sytuacja tego układu powoduje, że niewiadomo co
tak naprawdę robić, bo z dnia na dzień chcę jej coraz więcej –
mojej muzy i natchnienia, która nakręca mnie na każdy dzień odkąd
ją poznałem.